środa, 16 maja 2012

Zmierzch

Może ktoś stwierdzi, że jestem stara, albo że nie jestem romantyczką, ale w czasach mojej młodości (stosunkowo niedawno) wampiry były postaciami groźnymi i jednocześnie pociągającymi. Tajemnicza postać odziana w czarne szaty, eh… Ale potem to się zmieniło… niestety na gorsze. Dzisiaj wampiry błyszczą w świetle dziennym, są piękne/piękni i właściwie oprócz faktu krwiopijstwa nie różnią się od nas. Teraz wampir jest pedalską postacią w sweterku w paseczki i z włoskami na żelu (może trochę przesadzam). Dzisiaj nie będzie opisu. Dzisiaj będzie ostrzeżenie.
Zmierzch. Były książki, pojawiły się też filmy. Najpierw pooglądałam film. Żenada. Ale przynajmniej można pospać. Jednak, na swoje nieszczęście, sięgnęłam po księgę. Błąd. O wielu książkach mówi się że są lepsze od filmów nakręconych na ich podstawie. Nie, gniot zwany Zmierzchem nie jest lepszy od filmu. Jest znacznie gorszy (film – 1.5h, książka – kilka dni z życiorysu).
Bella, zamknięta w sobie nastolatka przeprowadza się z wielkiego miasta do pipidówki żeby zamieszkać ze swoim ojcem. Z 10 stron się wprowadza. Następnie dziewczyna idzie do nowej szkoły i się boi. Tak z 10 stron. No i pojawia się on! Piękny jako Apollo! Wszyscy się za nim oglądają, taki ładny! No i teraz zagadka roku, na kogo zwróci uwagę. Hmm. Autorka nie karze długo czekać, zaraz po poznaniu Belli zostają parą (jakież to słodkie, kto by się spodziewał). Co prawda początkowo Edward zapiera się rękami i nogami ale wkrótce ulega urokowi dziewczyny. Potem długo nic ważnego się nie dzieje, oprócz tego, że skóra Edwarda (wampira!)lśni a uśmiech jego tajemniczym jest. Głównym wydarzeniem w części pierwszej jest bal maturalny. Ale cóż to? Bella jest w niebezpieczeństwie! Czy przeżyje? Czy Edward zdoła uchronić ją przed innymi wampirami?
Podpowiedź: są jeszcze 3 tomy.
Książka ma taki plus, że można przeczytać ją po angielsku i nauczyć się z 10 nowych słówek. SzaU.

"Zmierzch" (ocena: mniej niż zeroo) 

niedziela, 6 maja 2012

Chemia śmierci/Zapisane w kościach


Nie ma to jak porządny kryminał. No ile można czytać poważne dzieła o „głymbi” niczym jezioro Hańcza. Tadam! Simon Beckett Show.
„Chemia śmierci” to pierwsza część serii kryminałów o Davidzie Hunterze (są 4). Rozpoczyna się od apetycznego obrazku rozkładających się zwłok, milusio. Pan doktor (Hunter) zajmuje się truposzami a dokładniej jest antropologiem sądowym. Pewnego dnia w wypadku ginie jego żona i córeczka co nieco zraża bohatera do zawodu. Postanawia uciec i pracować jako zwykły lekarz w małej przychodni. Zamieszkuje więc u starszego, niepełnosprawnego lekarza i powoli zdobywa zaufanie zamkniętej społeczności miasteczka. Wszystko fajnie, tylko że po wiosce zaczyna grasować seryjny morderca. Dwóch chłopców natyka się na ciało kobiety leżące gdzieś w zaroślach. W doktorze odżywają dawne zapędy do rozwikływania zagadek. Zakończenie, jak zazwyczaj w przypadku kryminałów - zaskakujące.
 Część druga, czyli „Zapisane w kościach” jest jeszcze lepsza. Tym razem nasz antropolog wracając z poważniejszej „misji” dostaje z pozoru łatwe zadanie oględzin zwłok na małej wysepce Runa. Przybywa na miejsce, gdzie okazuje się, że ciało denatki jest totalnie spalone a ktoś z uporem maniaka usiłuje utrudniać śledztwo. Spokojne życie na wyspie zostaje zakłócone przez serię morderstw. I zaręczam, do końca nie wiadomo kto jest za nie odpowiedzialny. Autor fajnie zakończył drugą część serii, po prostu trzeba przeczytać następną. Chyba umrę z ciekawości!!!
Oczywiście polecam! Zwłaszcza, jeśli ktoś lubi seriale kryminalne. Książka wcale nie gorsza od serialu „Kości”czy innego "CSI". No to ten, ocenki jeszcze:
„Chemia śmierci” – ciepło, cieplej (ocena 4.0)
„Zapisane w kościach” – gorrrąco (ocena 5.0)