poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku

Wodząc wzrokiem po półkach w znanej sieci księgarni na literę E natknęłam się na książkę biograficzną, historyczną,  whatever. Holokaust, prześladowanie Żydów, aa poczytam coś mądrego – pomyślałam. Lubię tego typu książki, nie wiem może mam zapędy sadystyczne, ale nic tak mnie nie wzrusza jak historia. Sięgnęłam po „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku” aby szybko tego pożałować.
Kiedy czytam o ludziach w czasach wojny i prześladowań liczę na obrazy heroizmu, woli walki. Niekoniecznie wszyscy muszą być bohaterami w stylu Supermana, ale samą próbę przeżycia w tamtych czasach uważam za czysty heroizm. Nieważne czy ktoś leciał z procą w kierunku czołgu czy chował się w kanałach, był na swój sposób bohaterem. Ale za cholerę nie rozumiem po co ktoś, kto był za mały i właściwie nic pamięta pisze o tym książkę. Czytasz sobie spokojnie i zastanawiasz się dlaczego, pomimo, że jest multum osób mających co opowiedzieć, biografię wydała Pani Ligocka? Nagle, bach! Pani opowiada, że jej kuzynem jest R. Polański. Acha. To już wszystko jasne. „Dziewczynka” wylądowała na półce i popadła w niełaskę na kilka tygodni. OK, przyznaję że coś tam ciekawego się działo, ale myślę, że to nie Pani Ligocka powinna wydać tę książkę tylko ktoś kto widział więcej. Pierwszy raz w życiu nie wczułam się w książkę, nie współczułam autorce. A wszystko przez tego kuzyna. No sorry. Jak już chciała się dzielić przeżyciami to mogła to zrobić anonimowo. Wygląda na to, że ktoś musiał po prostu dorobić do pensji…
Mało treści, dużo objętości, co kilka stron zdjęcie na  ½ - 1 strony. Jest też zdjęcie Pani Romy malującej usta, na dwie strony. Jedyne, co mi się podobało to postawa matki autorki. Ależ to była zaradna kobieta!
Może ktoś ma inne odczucia na temat tego „dzieła”? Chętnie poczytam, co Wy o tym myślicie.
„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” – marnie (ocena 2.0)
Uuu przejrzałam opinie na biblionetce, wszyscy zachwyceni. A ja tak ostro pojechałam. 

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Która z nas nie chciała być choć przez chwilę zimną suką? Zdołować, zgnębić, wykorzystać takiego samca! Niech cierpi i płacze haha! Zemścić się za miliony kobiet :-] Znam taką jedną. Proszę Państwa Mario Vargas Llosa „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”.
Sam autor został uhonorowany nagrodą Nobla (jakieś dwa lata temu), więc po prostu musiałam zapoznać się z chociaż jednym jego dziełem, coby światłą być.  Tytuł był kuszący a przyznam, że mam słabość do ładnie brzmiących tytułów. Znowu tłumaczka się popisała. Oczywiście kobieta, bo jakżeby inaczej. Babeczki, jesteśmy super! OK wracam do tematu.
Ricardo jako chłopiec poznaje intrygującą dziewczynę. Jest niebanalna, ambitna i nastawiona na sukces. Głównie finansowy. Oczywiście, chłopak zakochuje się w niej i miłość ta towarzyszy mu przez całe życie. A nie jest to łatwa miłość… 
„Niegrzeczna dziewczynka” (jak sam ją nazywa) zmienia tożsamość (tak ze sto razy) i partnerów, na coraz bogatszych i coraz bardziej niebezpiecznych. Jest wyrachowana, zimna, krótko mówiąc, pozbawiona uczuć. Wykorzystuje wszystkich i kłamie bez mrugnięcia okiem. Co jakiś czas, gdy ma kłopoty przypomina sobie jednak o biednym Peruwiańczyku i na chwilę wraca do niego. Mimo, że Ricardo chce o niej zapomnieć, ta chwila wystarczy, żeby wszystkie uczucia wróciły. No i żyje sobie taki Ricardo, biedny tłumaczyna (farciarz, też chcę!), uczy się kolejnych języków, dużo pracuje, mieszka w przeróżnych krajach i ma wiele kobiet. Ciągle jednak czeka na tę nieszczęsną „niegrzeczną dziewczynkę”. Jak już o niej powoli zapomina, ona wraca. Przez chwilę żyją jak w raju, po czym kobieta znika bez ostrzeżenia. 
Nie napiszę jak to wszystko się skończy. Powiem tylko, że prawdziwa miłość nie zawsze jest łatwa i przyjemna.  Nie zawsze też osoba którą pokochaliśmy na to zasługuje. Ale gdyby wszystko było idealne, życie byłoby nudne jak tysięczny odcinek Mody na sukces.
„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” – cud, miód i orzeszki (ocena 5.0)

niedziela, 29 kwietnia 2012

Przepiórki w płatkach róży



Można opowiedzieć o swoim życiu śpiewając, malując, przytaczając śmieszne historyjki albo… używając przepisów kulinarnych. Serio.  Nie ma w tym nic dziwnego. Często to właśnie smaki kojarzą nam się z konkretnymi wydarzeniami lub osobami. Przynajmniej ja tak mam. Ja i pani Laura Esquivel.
„Przepiórki w płatkach róży” nie jest dziełem, gdzie trzeba doszukiwać się na siłę „głymbi”. Mamy historię o miłości, nieszczęśliwej oczywiście. Mamy prostą dziewczynę, kucharkę. Wszystko jest banalne, przynajmniej takie się wydaje. Wspomniana dziewczyna ma pasję – gotowanie. I wszystko, co przydarzyło jej się w życiu związane było właśnie z domem, kuchnią, smakiem. Może to dziwne, ale historia wciąga i porusza. Czytasz i czujesz te wszystkie smaki i zapachy. (Jak masz ochotę możesz przyrządzić to o czym czytasz) Kończysz ostatnią stronę, czujesz dreszcze i nawet, jeśli nie wierzysz w istnienie prawdziwej miłości zmieniasz zdanie. Niby łatwo się czyta, niby nic mądrego a mijają miesiące a ty nadal tę lekturę pamiętasz. Książka jest po prostu ŁADNA. Głównym wątkiem jest miłość, co jednak nie czyni z niej taniego romansidła. Nie do końca jestem pewna co ona ma takiego w sobie, ale ma tego bardzo dużo :-P
Czytanie ma sprawiać przyjemność a „Przepiórki” z pewnością ją sprawiają. Można się pośmiać, można popłakać. No i jeszcze jedno… Ten tytuł jest po prostu przepiękny ( wersja oryginalna: "Como agua para chocolate"). Napisana przyjemnym językiem za co szacun w kierunku tłumaczki.  Eh, szkoda że książeczka jest taka krótka, przyjemność na jeden wieczór, miłe wspomnienia na zawsze. Na jej podstawie został nakręcony film, jeszcze go nie widziałam ale już się boję. Filmy mają to do siebie że są zazwyczaj gorsze od pierwowzoru. Wyjątek to "Czekolada" o której opowiem innym razem.
„Przepiórki w płatkach róży” – spoko (ocena 4.5)

sobota, 28 kwietnia 2012

Siewca Wiatru/Zbieracz Burz

Dziwnie byłoby zaczynać od jakiegoś gniota, więc swoją przygodę z blogiem postanowiłam rozpocząć od prezentacji książki, a właściwie książek pani Marii Lidii Kossakowskiej. Lubisz fantasy? To się świetnie składa! Nie lubisz? To się może zmienić! Szczerze mówiąc zanim sięgnęłam po jej twórczość nie wiedziałam że istnieje ktoś jeszcze oprócz Tolkiena, Sapkowskiego czy tam Pratchetta, kto pisze fajne książki z tego gatunku (tak, wiem, obciach, siara, wieś, nie lubiłam fantasy). Wszystko się zmieniło. Olśnienie. Zachwyt. Uśmiech powrócił na posępne oblicze. Kierunek -> księgarnia tudzież biblioteka i bierzemy "Siewcę wiatru" & "Zbieracza burz I/II"
Akcja dzieje się w niebiosach. Pan zwiał z tronu. Po prostu sobie poszedł. Co robić, co robić? - głowi się Gabriel. Na szczęście nie jest sam, reszta "ważnych" pomaga mu tuszować całą sprawę. Nawet sam Lucek wyciąga pomocną dłoń (tak, ten Lucjan) W końcu niebo to ostatnie miejsce gdzie powinien wybuchnąć bunt! A z pewnością tak by się stało gdyby wyszło na jaw, że Tron jest pusty. 
Głównym bohaterem jest bardzo sympatyczny aniołek. Niekoniecznie przypomina świetlistego z obrazków. Chociaż mi się taka wizja bardziej podoba. Daimon Frey jest wysoki, umięśniony, ma ciemne długie włosy i pełno tatuaży, jednym słowem ciacho. Powiesz, że zapewne duszę ma czystą jak kropla rosy, co? Jajco. Daimon lubi się bić i jest lekko porywczy. Ale to akurat atut, bo z zawodu jest Aniołem Zagłady. 
Nie będę tu streszczać całej fabuły, bo to nie ma sensu. Jeśli masz ochotę się pośmiać, nie podchodzisz sztywno do spraw związanych z religią i masz trochę wolnego(bo to dość obszerne pozycje), zrób sobie skręta z mirry i czytaj a nie pożałujesz ;-)
1. Siewca wiatru - pierwsza część jest spoko (ocena 4.5)
2. Zbieracz burz I - zajebista (ocena 5.0)
3. Zbieracz burz II - zajebista (ocena 5.0)
Kończąc mój pierwszy wpis chciałam zaapelować do społeczeństwa (a co!) KUPUJMY POLSKIE KSIĄŻKI!!! Zagranicznych autorów zdzierajcie z neta, kopiujcie, whatever! Niech tworzą ile wlezie!