Po dłuugiej nieobecności
spowodowanej głupkowatą pracą wracam, żeby polecić dzieło, które warte jest
przegapienia przystanku (fuck!). Klasyki bywają nudne. Opasły tom o
którym każdy słyszał, każdy wie o czym to, ale mało kto doświadczył przyjemności
bliższego zapoznania się, potrafi odstraszyć. Czasem jednak warto sięgnąć po
klasyk. Dzieci kochane, The Godfather.
Vito Corleone to mafioso, ale nie
taki zwykły który opycha ludziom dragi i lata po stacjach benzynowych z
kałachem i wiadrem naboi. Pan Corleone to mafioso z klasą. Pochodzi z Sycylii
skąd musiał wiać jako chłopiec z obawy o własne życie. Założył rodzinę w
kraju mlekiem i miodem płynącym, znaczy się USA. Pan Corleone chętnie wszystkim
pomoże, chce tylko żeby okazywać mu szacunek i przyjaźń a w razie kłopotów
udzielić pomocy. Nie żąda pieniędzy ani innych dóbr materialnych, szacunek i przyjaźń
są najważniejsze. W ten sam sposób traktuje ludzi „na wysokich stanowiskach” i
piekarza. Status społeczny nie ma znaczenia. Wszystkie zbrodnie, jakie popełnia
są zaplanowane tak, żeby nie budzić najmniejszych podejrzeń, co więcej, wydają się być po prostu wymierzeniem sprawiedliwości. Pewnego dnia
sielanka zostaje zakłócona. Padają strzały. Ojciec chrzestny zostaje ranny. Teraz,
władzę w rodzinie przejmuje jego syn. Okoliczności nie sprzyjają, rozpoczyna
się wojna rodzin.
Coś jest w tym, co powiedział Vito Corleone. Skoro państwo
nie potrafi zadbać o swoich obywateli, trzeba to zrobić samemu. Nie popieram
wymierzania sprawiedliwości na własną rękę, ale czasem jest tak, że ta
sprawiedliwość (za pomocą koperty) nie zostaje wymierzona dość niesprawiedliwie przez super organy władzy. Może i
lepiej byłoby gdyby każdy miał takiego ojca chrzestnego, którego (w
przeciwieństwie do Donalda i Pana Gajowego) interesowałyby problemy innych
ludzi. Mario Puzo opisał mafię, ale mafię z ludzką twarzą.
Mało która książka tak wciąga
Zero nudy, serio!
"The Godfather" 6.0





