niedziela, 17 czerwca 2012

The Godfather


Po dłuugiej nieobecności spowodowanej głupkowatą pracą wracam, żeby polecić dzieło, które warte jest przegapienia przystanku (fuck!). Klasyki bywają nudne. Opasły tom o którym każdy słyszał, każdy wie o czym to, ale mało kto doświadczył przyjemności bliższego zapoznania się, potrafi odstraszyć. Czasem jednak warto sięgnąć po klasyk. Dzieci kochane, The Godfather.

Vito Corleone to mafioso, ale nie taki zwykły który opycha ludziom dragi i lata po stacjach benzynowych z kałachem i wiadrem naboi. Pan Corleone to mafioso z klasą. Pochodzi z Sycylii skąd musiał wiać jako chłopiec z obawy o własne życie. Założył rodzinę w kraju mlekiem i miodem płynącym, znaczy się USA. Pan Corleone chętnie wszystkim pomoże, chce tylko żeby okazywać mu szacunek i przyjaźń a w razie kłopotów udzielić pomocy. Nie żąda pieniędzy ani innych dóbr materialnych, szacunek i przyjaźń są najważniejsze. W ten sam sposób traktuje ludzi „na wysokich stanowiskach” i piekarza. Status społeczny nie ma znaczenia. Wszystkie zbrodnie, jakie popełnia są zaplanowane tak, żeby nie budzić najmniejszych podejrzeń, co więcej, wydają się być po prostu wymierzeniem sprawiedliwości. Pewnego dnia sielanka zostaje zakłócona. Padają strzały. Ojciec chrzestny zostaje ranny. Teraz, władzę w rodzinie przejmuje jego syn. Okoliczności nie sprzyjają, rozpoczyna się wojna rodzin.

Coś jest w tym, co powiedział Vito Corleone. Skoro państwo nie potrafi zadbać o swoich obywateli, trzeba to zrobić samemu. Nie popieram wymierzania sprawiedliwości na własną rękę, ale czasem jest tak, że ta sprawiedliwość (za pomocą koperty) nie zostaje wymierzona dość niesprawiedliwie przez super organy władzy. Może i lepiej byłoby gdyby każdy miał takiego ojca chrzestnego, którego (w przeciwieństwie do Donalda i Pana Gajowego) interesowałyby problemy innych ludzi. Mario Puzo opisał mafię, ale mafię z ludzką twarzą.

Mało która książka tak wciąga Zero nudy, serio! 

"The Godfather" 6.0

środa, 16 maja 2012

Zmierzch

Może ktoś stwierdzi, że jestem stara, albo że nie jestem romantyczką, ale w czasach mojej młodości (stosunkowo niedawno) wampiry były postaciami groźnymi i jednocześnie pociągającymi. Tajemnicza postać odziana w czarne szaty, eh… Ale potem to się zmieniło… niestety na gorsze. Dzisiaj wampiry błyszczą w świetle dziennym, są piękne/piękni i właściwie oprócz faktu krwiopijstwa nie różnią się od nas. Teraz wampir jest pedalską postacią w sweterku w paseczki i z włoskami na żelu (może trochę przesadzam). Dzisiaj nie będzie opisu. Dzisiaj będzie ostrzeżenie.
Zmierzch. Były książki, pojawiły się też filmy. Najpierw pooglądałam film. Żenada. Ale przynajmniej można pospać. Jednak, na swoje nieszczęście, sięgnęłam po księgę. Błąd. O wielu książkach mówi się że są lepsze od filmów nakręconych na ich podstawie. Nie, gniot zwany Zmierzchem nie jest lepszy od filmu. Jest znacznie gorszy (film – 1.5h, książka – kilka dni z życiorysu).
Bella, zamknięta w sobie nastolatka przeprowadza się z wielkiego miasta do pipidówki żeby zamieszkać ze swoim ojcem. Z 10 stron się wprowadza. Następnie dziewczyna idzie do nowej szkoły i się boi. Tak z 10 stron. No i pojawia się on! Piękny jako Apollo! Wszyscy się za nim oglądają, taki ładny! No i teraz zagadka roku, na kogo zwróci uwagę. Hmm. Autorka nie karze długo czekać, zaraz po poznaniu Belli zostają parą (jakież to słodkie, kto by się spodziewał). Co prawda początkowo Edward zapiera się rękami i nogami ale wkrótce ulega urokowi dziewczyny. Potem długo nic ważnego się nie dzieje, oprócz tego, że skóra Edwarda (wampira!)lśni a uśmiech jego tajemniczym jest. Głównym wydarzeniem w części pierwszej jest bal maturalny. Ale cóż to? Bella jest w niebezpieczeństwie! Czy przeżyje? Czy Edward zdoła uchronić ją przed innymi wampirami?
Podpowiedź: są jeszcze 3 tomy.
Książka ma taki plus, że można przeczytać ją po angielsku i nauczyć się z 10 nowych słówek. SzaU.

"Zmierzch" (ocena: mniej niż zeroo) 

niedziela, 6 maja 2012

Chemia śmierci/Zapisane w kościach


Nie ma to jak porządny kryminał. No ile można czytać poważne dzieła o „głymbi” niczym jezioro Hańcza. Tadam! Simon Beckett Show.
„Chemia śmierci” to pierwsza część serii kryminałów o Davidzie Hunterze (są 4). Rozpoczyna się od apetycznego obrazku rozkładających się zwłok, milusio. Pan doktor (Hunter) zajmuje się truposzami a dokładniej jest antropologiem sądowym. Pewnego dnia w wypadku ginie jego żona i córeczka co nieco zraża bohatera do zawodu. Postanawia uciec i pracować jako zwykły lekarz w małej przychodni. Zamieszkuje więc u starszego, niepełnosprawnego lekarza i powoli zdobywa zaufanie zamkniętej społeczności miasteczka. Wszystko fajnie, tylko że po wiosce zaczyna grasować seryjny morderca. Dwóch chłopców natyka się na ciało kobiety leżące gdzieś w zaroślach. W doktorze odżywają dawne zapędy do rozwikływania zagadek. Zakończenie, jak zazwyczaj w przypadku kryminałów - zaskakujące.
 Część druga, czyli „Zapisane w kościach” jest jeszcze lepsza. Tym razem nasz antropolog wracając z poważniejszej „misji” dostaje z pozoru łatwe zadanie oględzin zwłok na małej wysepce Runa. Przybywa na miejsce, gdzie okazuje się, że ciało denatki jest totalnie spalone a ktoś z uporem maniaka usiłuje utrudniać śledztwo. Spokojne życie na wyspie zostaje zakłócone przez serię morderstw. I zaręczam, do końca nie wiadomo kto jest za nie odpowiedzialny. Autor fajnie zakończył drugą część serii, po prostu trzeba przeczytać następną. Chyba umrę z ciekawości!!!
Oczywiście polecam! Zwłaszcza, jeśli ktoś lubi seriale kryminalne. Książka wcale nie gorsza od serialu „Kości”czy innego "CSI". No to ten, ocenki jeszcze:
„Chemia śmierci” – ciepło, cieplej (ocena 4.0)
„Zapisane w kościach” – gorrrąco (ocena 5.0)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku

Wodząc wzrokiem po półkach w znanej sieci księgarni na literę E natknęłam się na książkę biograficzną, historyczną,  whatever. Holokaust, prześladowanie Żydów, aa poczytam coś mądrego – pomyślałam. Lubię tego typu książki, nie wiem może mam zapędy sadystyczne, ale nic tak mnie nie wzrusza jak historia. Sięgnęłam po „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku” aby szybko tego pożałować.
Kiedy czytam o ludziach w czasach wojny i prześladowań liczę na obrazy heroizmu, woli walki. Niekoniecznie wszyscy muszą być bohaterami w stylu Supermana, ale samą próbę przeżycia w tamtych czasach uważam za czysty heroizm. Nieważne czy ktoś leciał z procą w kierunku czołgu czy chował się w kanałach, był na swój sposób bohaterem. Ale za cholerę nie rozumiem po co ktoś, kto był za mały i właściwie nic pamięta pisze o tym książkę. Czytasz sobie spokojnie i zastanawiasz się dlaczego, pomimo, że jest multum osób mających co opowiedzieć, biografię wydała Pani Ligocka? Nagle, bach! Pani opowiada, że jej kuzynem jest R. Polański. Acha. To już wszystko jasne. „Dziewczynka” wylądowała na półce i popadła w niełaskę na kilka tygodni. OK, przyznaję że coś tam ciekawego się działo, ale myślę, że to nie Pani Ligocka powinna wydać tę książkę tylko ktoś kto widział więcej. Pierwszy raz w życiu nie wczułam się w książkę, nie współczułam autorce. A wszystko przez tego kuzyna. No sorry. Jak już chciała się dzielić przeżyciami to mogła to zrobić anonimowo. Wygląda na to, że ktoś musiał po prostu dorobić do pensji…
Mało treści, dużo objętości, co kilka stron zdjęcie na  ½ - 1 strony. Jest też zdjęcie Pani Romy malującej usta, na dwie strony. Jedyne, co mi się podobało to postawa matki autorki. Ależ to była zaradna kobieta!
Może ktoś ma inne odczucia na temat tego „dzieła”? Chętnie poczytam, co Wy o tym myślicie.
„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” – marnie (ocena 2.0)
Uuu przejrzałam opinie na biblionetce, wszyscy zachwyceni. A ja tak ostro pojechałam. 

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Która z nas nie chciała być choć przez chwilę zimną suką? Zdołować, zgnębić, wykorzystać takiego samca! Niech cierpi i płacze haha! Zemścić się za miliony kobiet :-] Znam taką jedną. Proszę Państwa Mario Vargas Llosa „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”.
Sam autor został uhonorowany nagrodą Nobla (jakieś dwa lata temu), więc po prostu musiałam zapoznać się z chociaż jednym jego dziełem, coby światłą być.  Tytuł był kuszący a przyznam, że mam słabość do ładnie brzmiących tytułów. Znowu tłumaczka się popisała. Oczywiście kobieta, bo jakżeby inaczej. Babeczki, jesteśmy super! OK wracam do tematu.
Ricardo jako chłopiec poznaje intrygującą dziewczynę. Jest niebanalna, ambitna i nastawiona na sukces. Głównie finansowy. Oczywiście, chłopak zakochuje się w niej i miłość ta towarzyszy mu przez całe życie. A nie jest to łatwa miłość… 
„Niegrzeczna dziewczynka” (jak sam ją nazywa) zmienia tożsamość (tak ze sto razy) i partnerów, na coraz bogatszych i coraz bardziej niebezpiecznych. Jest wyrachowana, zimna, krótko mówiąc, pozbawiona uczuć. Wykorzystuje wszystkich i kłamie bez mrugnięcia okiem. Co jakiś czas, gdy ma kłopoty przypomina sobie jednak o biednym Peruwiańczyku i na chwilę wraca do niego. Mimo, że Ricardo chce o niej zapomnieć, ta chwila wystarczy, żeby wszystkie uczucia wróciły. No i żyje sobie taki Ricardo, biedny tłumaczyna (farciarz, też chcę!), uczy się kolejnych języków, dużo pracuje, mieszka w przeróżnych krajach i ma wiele kobiet. Ciągle jednak czeka na tę nieszczęsną „niegrzeczną dziewczynkę”. Jak już o niej powoli zapomina, ona wraca. Przez chwilę żyją jak w raju, po czym kobieta znika bez ostrzeżenia. 
Nie napiszę jak to wszystko się skończy. Powiem tylko, że prawdziwa miłość nie zawsze jest łatwa i przyjemna.  Nie zawsze też osoba którą pokochaliśmy na to zasługuje. Ale gdyby wszystko było idealne, życie byłoby nudne jak tysięczny odcinek Mody na sukces.
„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” – cud, miód i orzeszki (ocena 5.0)

niedziela, 29 kwietnia 2012

Przepiórki w płatkach róży



Można opowiedzieć o swoim życiu śpiewając, malując, przytaczając śmieszne historyjki albo… używając przepisów kulinarnych. Serio.  Nie ma w tym nic dziwnego. Często to właśnie smaki kojarzą nam się z konkretnymi wydarzeniami lub osobami. Przynajmniej ja tak mam. Ja i pani Laura Esquivel.
„Przepiórki w płatkach róży” nie jest dziełem, gdzie trzeba doszukiwać się na siłę „głymbi”. Mamy historię o miłości, nieszczęśliwej oczywiście. Mamy prostą dziewczynę, kucharkę. Wszystko jest banalne, przynajmniej takie się wydaje. Wspomniana dziewczyna ma pasję – gotowanie. I wszystko, co przydarzyło jej się w życiu związane było właśnie z domem, kuchnią, smakiem. Może to dziwne, ale historia wciąga i porusza. Czytasz i czujesz te wszystkie smaki i zapachy. (Jak masz ochotę możesz przyrządzić to o czym czytasz) Kończysz ostatnią stronę, czujesz dreszcze i nawet, jeśli nie wierzysz w istnienie prawdziwej miłości zmieniasz zdanie. Niby łatwo się czyta, niby nic mądrego a mijają miesiące a ty nadal tę lekturę pamiętasz. Książka jest po prostu ŁADNA. Głównym wątkiem jest miłość, co jednak nie czyni z niej taniego romansidła. Nie do końca jestem pewna co ona ma takiego w sobie, ale ma tego bardzo dużo :-P
Czytanie ma sprawiać przyjemność a „Przepiórki” z pewnością ją sprawiają. Można się pośmiać, można popłakać. No i jeszcze jedno… Ten tytuł jest po prostu przepiękny ( wersja oryginalna: "Como agua para chocolate"). Napisana przyjemnym językiem za co szacun w kierunku tłumaczki.  Eh, szkoda że książeczka jest taka krótka, przyjemność na jeden wieczór, miłe wspomnienia na zawsze. Na jej podstawie został nakręcony film, jeszcze go nie widziałam ale już się boję. Filmy mają to do siebie że są zazwyczaj gorsze od pierwowzoru. Wyjątek to "Czekolada" o której opowiem innym razem.
„Przepiórki w płatkach róży” – spoko (ocena 4.5)

sobota, 28 kwietnia 2012

Siewca Wiatru/Zbieracz Burz

Dziwnie byłoby zaczynać od jakiegoś gniota, więc swoją przygodę z blogiem postanowiłam rozpocząć od prezentacji książki, a właściwie książek pani Marii Lidii Kossakowskiej. Lubisz fantasy? To się świetnie składa! Nie lubisz? To się może zmienić! Szczerze mówiąc zanim sięgnęłam po jej twórczość nie wiedziałam że istnieje ktoś jeszcze oprócz Tolkiena, Sapkowskiego czy tam Pratchetta, kto pisze fajne książki z tego gatunku (tak, wiem, obciach, siara, wieś, nie lubiłam fantasy). Wszystko się zmieniło. Olśnienie. Zachwyt. Uśmiech powrócił na posępne oblicze. Kierunek -> księgarnia tudzież biblioteka i bierzemy "Siewcę wiatru" & "Zbieracza burz I/II"
Akcja dzieje się w niebiosach. Pan zwiał z tronu. Po prostu sobie poszedł. Co robić, co robić? - głowi się Gabriel. Na szczęście nie jest sam, reszta "ważnych" pomaga mu tuszować całą sprawę. Nawet sam Lucek wyciąga pomocną dłoń (tak, ten Lucjan) W końcu niebo to ostatnie miejsce gdzie powinien wybuchnąć bunt! A z pewnością tak by się stało gdyby wyszło na jaw, że Tron jest pusty. 
Głównym bohaterem jest bardzo sympatyczny aniołek. Niekoniecznie przypomina świetlistego z obrazków. Chociaż mi się taka wizja bardziej podoba. Daimon Frey jest wysoki, umięśniony, ma ciemne długie włosy i pełno tatuaży, jednym słowem ciacho. Powiesz, że zapewne duszę ma czystą jak kropla rosy, co? Jajco. Daimon lubi się bić i jest lekko porywczy. Ale to akurat atut, bo z zawodu jest Aniołem Zagłady. 
Nie będę tu streszczać całej fabuły, bo to nie ma sensu. Jeśli masz ochotę się pośmiać, nie podchodzisz sztywno do spraw związanych z religią i masz trochę wolnego(bo to dość obszerne pozycje), zrób sobie skręta z mirry i czytaj a nie pożałujesz ;-)
1. Siewca wiatru - pierwsza część jest spoko (ocena 4.5)
2. Zbieracz burz I - zajebista (ocena 5.0)
3. Zbieracz burz II - zajebista (ocena 5.0)
Kończąc mój pierwszy wpis chciałam zaapelować do społeczeństwa (a co!) KUPUJMY POLSKIE KSIĄŻKI!!! Zagranicznych autorów zdzierajcie z neta, kopiujcie, whatever! Niech tworzą ile wlezie!